Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczy. Pokaż wszystkie posty

września 28, 2021

Natasha Denona - Retro Palette

Hej!

Natasha Denona to jedna z droższych marek dostępnych w Sephorze. Przyznaję, że wcześniej mocno mnie nie interesowała, bo te ceny wydają się dla mnie przesadne. Najnowsza paleta Retro Palette zaciekawiła mnie na tyle, że postanowiłam się na nią skusić. Nie zapłaciłam jednak za nią zbyt wiele, bo miałam bony podarunkowe, a na Natashę na szczęście wchodzą zniżki. Dzięki temu mam okazję przetestować jedną z ładniejszych palet, które wyszły w ostatnim czasie. Jeśli jesteście ciekawi, czy mnie zachwyciła, czy może rozczarowała, to koniecznie czytajcie dalej :)

Paleta ma solidne opakowanie zamykane na magnes. Jest bardzo minimalistyczne, co z jednej strony mi się podoba, a z drugiej mam poczucie, że za taką cenę mogłoby być to coś bardziej wypaśnego. W środku znajdujemy duże, porządne lusterko i aż 15 cieni. 

Ogólnie kolorystyka palety bardzo mi się podoba. Jest dosyć chłodna i totalnie w moim stylu. Jak widzę w palecie brudne róże, bordo, to od razu serce mi bije szybciej ;) Na pierwszy rzut oka paleta jest użytkowa i idealna do codziennego makijażu. Po dłuższym używaniu mam wrażenie, że będzie pasowała bardziej do ciemniejszych karnacji. Mój główny zarzut to brak jasnych błysków. Glitz i Psychedelic to cienie drobinkowe, bardziej toppery, które jakoś mocno nie rozjaśniają powieki. Z kolei błyski metaliczne typu Jude i Helio są dosyć ciemne. 

Kolorystyka jednak i jej przypasowanie to kwestia mocno indywidualna, bo każdy lubi coś innego. Mi po prostu mocno brakuje jasnego błysku o wykończeniu metalicznym. Matowy cień Mod jest absolutnie przepiękny i można nim fajnie rozjaśnić wewnętrzny kącik. 

Mnie w tej palecie najbardziej zaskoczyła ilość wykończeń. Mamy ich aż 5. Przyznacie, że to sporo jak na 15 cieni. Mamy zatem:

Duo Chrome - to jeden cień w palecie - glitz, czyli złote drobinki i jasnoróżowa baza.

Crystal - to cień psychedelic, który jest typowym topperem. To niebiesko-różowe drobinki.

Metallic - to trzy cienie - jude, helio, swing oraz patty. To mój ulubiony rodzaj błysku, bardzo gładki, bez widocznych drobin.

Creamy Matte - to 4 cienie - mod, groove, nude mauve oraz amara. Te maty są cudowne, świetnie napigmentowane. Dokładnie takie, jak lubię i dla mnie wszystkie maty w tej palecie mogłyby być takie.

Cream to powder - ostatnie wykończenie i aż 5 cieni - andy, vivienne, opart, go-go i rebellion. Do tego wykończenia nie mogę się przekonać. Cienie gorzej wchodzą na pędzel niż Creamy Matte, są mniej widoczne na powiece. Moim zdaniem CM są dużo lepsze. 


Powiem Wam, że mam mieszane uczucia co do tej palety i nie umiem jej jednoznacznie ocenić. Z jednej strony do jakości nie mogę się przyczepić. Cienie się bardzo dobrze rozcierają, nawet jak się nałoży za dużo. Ładnie się też łączą. Zdecydowanie nie jest to paleta nudna, a ta ilość wykończeń zachęca do eksperymentowania. 
Jeśli chodzi o formuły, to najbardziej przekonały mnie do siebie maty, którymi pracuje się świetnie. Mam do nich zarzut, że odrobinę inaczej wyglądają na oku. Mam tutaj na myśli w szczególności cień amara, który w opakowaniu wygląda rudawo, a na powiece zamienia się w bordo i niewiele się różni od groove.
Brakuje mi jasnego, cielistego matu. Mod jest zbyt jasny i za bardzo różowy, z kolei vivienne jest to Cream to powder i tak średnio sprawdza się do zmatowienia łuku brwiowego. 
Jak już wspomniałam, brakuje mi również jaśniejszych błysków. Na co dzień nie lubię cieni drobinkowych, więc wykończenie Metallic mi bardzo odpowiada, ale odcienie są dosyć ciemne. Od razu zaznaczam, że jeśli nastawiacie się na jakieś spektakularne błyski, to w tej palecie tego nie znajdziecie. Cienie Metallic (zwłaszcza patty i swing) wyglądają na powiece jak satyny.


Ogólnie paleta mi się podoba i cieszę się, że się na nią zdecydowałam. Uważam, że kolorystyka jest idealna na nadchodzącą jesień. Czy kupiłabym ją w normalnej cenie 315 zł lub na promocji bez bonów podarunkowych? Zdecydowanie nie. Tak szczerze to nie uważam, żeby jakiekolwiek cienie mogły być tyle warte. Owszem, te są dobre, ale w Polsce mamy mnóstwo cudownych palet, np. Say Yes od Dessi, którą absolutnie uwielbiam.

Na koniec makijaż, który wykonałam samymi matami. 


Piszcie koniecznie, co sądzicie o takich drogich paletach? Lubicie sobie czasem kupić coś droższego? Czy szukacie tańszych zamienników? :)

Buziaki!
Kasia

sierpnia 09, 2021

Pixie Cosmetics - naturalna maskara Lash Charmer Mascara

Hej!

Dawno mnie tu nie było, ale przyznaję szczerze, że trochę mnie wena opuściła. Po 7 latach blogowania dopadł mnie lekki kryzys. Zwłaszcza że instagram skutecznie mnie dyskryminuje i nie pokazuje moich zdjęć, więc tak naprawdę mało kto wie o moich nowych wpisach i ogólnie ilość czytelników znacznie zmalała. Oczywiście nie jestem tutaj po to, by się żalić i generalnie zawsze cieszę się z każdego wyświetlenia oraz komentarza, ale moja motywacja do blogowania się dość mocno osłabiła. Myślę więc, że na razie będę tutaj wracać z produktami, które po prostu bardzo chcę Wam pokazać. Dziś chciałabym Wam krótko opowiedzieć o najnowszej maskarze od Pixie Cosmetics (a właściwie Feerie Celeste) - Lash Charmer Mascara. To pierwszy tusz w asortymencie marki, więc jeśli jesteście ciekawi, czy dali radę i co o nim sądzę, to koniecznie czytajcie dalej :)

lash-charmer-mascara

Zacznijmy od opakowania, które prezentuje się przepięknie. Jest matowe, ozdobione delikatnymi liśćmi, ze złotymi napisami. Pixie przyzwyczaiło nas już do niezwykłych opakowań i naprawdę jest się czym zachwycać. A jak z zawartością? Sprawdźmy najpierw, co na temat maskary pisze producent:

"W poszukiwaniu naturalnego piękna… spragnieni głębokiej trwałej czerni i miękkości rzęs, postanowiliśmy stworzyć coś, co pomoże nam zaspokoić to pragnienie. 

Lash Charmer Mascara nada Twoim rzęsom kolor głębokiej czerni i pogłębi ich naturalny skręt. Wyjątkowy składnik filmotwórczy (Pullulan) sprawia, że kosmetyk jest trwały i pozostaje nienaruszony na rzęsach przez cały dzień.

Tusz zawiera 95% składników naturalnego pochodzenia, w tym głównie woski z wielu różnych roślin (wosk słonecznikowy, wosk carnauba, wosk z otrębów ryżu, wosk z owoców sumaka jadowitego, wosk z rumianku marokańskiego, wosk z róży stulistnej, wosk z róży damasceńskiej).

Jest wyjątkowo delikatny dla oczu, a to dzięki zastosowaniu m. in. wyciągu naturalnego z damarzyka mocnego, którego właściwości lecznicze, nawilżające i łagodzące stany zapalne są znane i wykorzystywane od tysięcy lat, czy też niezmydlanej frakcji oliwy z oliwek, która ma za zadanie działać pielęgnująco, przeciwzapalnie i ochronnie.

Mascarę możesz nałożyć dołączoną do niej uniwersalną, prostą szczoteczką o sztywnym włosiu, która pomoże równomiernie nanieść kosmetyk i dokładnie rozczesać rzęsy."

pixie-cosmetics-maskara

Tusz ma klasyczną szczoteczkę, co mi osobiście bardzo odpowiada. Nabiera się go sporo, więc lepiej go trochę otrzeć z nadmiaru. W przypadku tej maskary kluczem do sukcesu jest nakładanie jej w jak najmniejszej ilości, żeby nie posklejała rzęs. Na szczęście szczoteczka całkiem nieźle je wyczesuje. 
Według mnie jest to tusz maksymalnie pogrubiający. Już przy jednej warstwie widać naprawdę zadowalający efekt. Co więcej, mam wrażenie, że jest to tusz, który najlepiej wygląda prezentuje się właśnie z jedną warstwą. Przy drugiej pojawiają się u mnie grudki, rzęsy potrafią się skleić. 

feerie-celeste-maskara

Oczywiście mamy tutaj bogactwo naturalnych składników, które świetnie wpływają na kondycję naszych rzęs. Szczególnie ciekawi mnie zastosowanie wyciągu z damarzyka mocnego, który posiada właściwości lecznicze, nawilżające i łagodzące stany zapalne. Jest to dla mnie bardzo ważne ze względu na moją chorobę oczu. Mam też maksymalnie wrażliwe oczy, a ten tusz ich nie podrażnia. 


Jeśli chodzi o trwałość, to tusz zdał egzamin w 100%. Testowałam go ostatnio w trudnych warunkach i absolutnie nic się nie osypało!

Według mnie jest to maskara dla osób, które lubią wyrazisty efekt na rzęsach. Tusz mocno pogrubia, a rzęsy stają się widoczne, co dla mnie, posiadaczki krótkich rzęs, jest niezwykle istotne. Nie lubię tuszów, które nic nie robią, bo wtedy wolę nie nakładać nic. Ten tusz robi robotę. Trochę trzeba się nauczyć z nim pracować, by nie sklejał rzęs. Na moich rzęsach najlepiej wygląda przy jednej warstwie.
Ja jestem z niego naprawdę zadowolona i myślę, że sięgnę po kolejne opakowanie :)

Na koniec efekt na moich rzęsach. Od razu zaznaczam, że mam krótkie rzęsy i jakoś ciężko mi się fotografuje ten efekt, bo pewnie dla większości nie będzie od spektakularny. Ale na żywo rzęsy były widoczne i ja jestem w pełni zadowolona, jak wyglądają :)


Maskara kosztuje 84 zł i dostaniecie ją TUTAJ. Pamiętajcie, że kupując przez ten link lub bannery na moim blogu, macie zniżki na większość produktów :)

Dajcie proszę znać, czy testowałyście już ten tusz? Jestem bardzo ciekawa, czy macie swoich ulubieńców w tej kategorii wśród kosmetyków naturalnych? Piszcie w komentarzach!

Buziaki!
Kasia


maja 31, 2021

Zoeva - paleta cieni Together We Shine
Recenzja + makijaż

Hej!

Czy pamiętacie jeszcze markę Zoeva? Kilka lat temu była bardzo znana, każdy chciał mieć jakąś paletę albo pędzle. Te ostatnie zresztą nadal mam, używam i lubię. Nic się z nimi nie dzieje. Co do palet, to kilka lat temu moją ukochaną była En Taupe. Natomiast ostatnią, jaką miałam, była jakaś mini paleta, która powędrowała dalej w świat, bo nie używałam jej zbyt często. Tak szczerze to trochę zapomniałam o tej marce i nie śledziłam ostatnio, co tam u niej słychać. Przez przypadek dowiedziałam się o nowej kolekcji. Paleta cieni Together We Shine wpadła mi w oko i stwierdziłam, że fajnie by było ją przetestować. Jeśli jesteście ciekawi, czy jestem z niej zadowolona i nie żałuję zakupu, to koniecznie czytajcie dalej :)


Po pierwsze nie mogę nie wspomnieć o przepięknym opakowaniu. Ten matowy róż, w połączeniu z błyszczącymi detalami w odcieniu rose gold, wygląda naprawdę świetnie. Dodatkowo paleta ma dobrej jakości lusterko i jest porządnie wykonana. 

W środku znajdujemy 10 cieni - 7 matowych i 3 błyszczące. Na stronie Zoeva producent obiecuje, że cienie mają nową formułę z większą pigmentacją. Powinny być jedwabiste i świetnie się blendować. Formuła jest wegańska, cienie nie były testowanie na zwierzętach, a także nie zawierają olejów mineralnych, zapachu i parabenów. 

Co do składu, to nie jest to skład naturalny, ale dla mnie akceptowalny. Mamy tutaj silikony, ale nie widzę np. dodawanego ostatnio wszędzie polietylenu. 

Jeśli chodzi o kolorystykę, to mamy tutaj odcienie w różowo - nudziakowych tonach. Również na stronie można przeczytać, że dzięki nim będzie można wykreować wyjątkowe makijaże na co dzień. Jak widzimy, z założenia ma być to paleta do dziennych makijaży, choć również ciemniejsze wieczorowe smoky dałoby się nią wykonać. Niemniej trzeba zauważyć, że kolory są do siebie dość mocno zbliżone, więc zdecydowanie nie jest to paleta do różnorodnych makijaży, w których każdy odcień dokładnie widać na powiece i nic się nie zlewa. Tutaj cienie na powiece się przenikają, tworzą całość i moim zdaniem jest to idealna paleta do fajnych dziennych smoky. Odcienie Confidence i Strength idealnie sprawdzają się do przyciemnienia zewnętrznego kącika. 
Błyski z kolei są to cienie metaliczne. Jest to błysk dosyć delikatny, elegancki i stonowany. Dla mnie idealny na co dzień. Nie ma tutaj mowy o błysku typu turbopigmenty z Glamshop.


Jeśli chodzi o jakość, to muszę przyznać, że obietnice producenta zostały spełnione. Cienie z palety Together We Shine są niezwykle jedwabiste. Mają świetną pigmentację, prawie w ogóle się nie osypują. Do tego blendują się jak marzenie. Cienie dobrze się ze sobą łączą i do siebie kleją. Błyski najlepiej wyglądają nakładane palcem. 
Z minusów zauważam tylko jeden. Jak na 10 cieni w palecie, to bardzo brakuje mi jasnego, cielistego matu. Wtedy byłaby to dla mnie paleta kompletna. 

Paleta jest już dostępna na stronie sephora.pl i kosztuje 129 zł.


Na koniec makijaż, który wykonałam przy użyciu większości cieni. Nie dodawałam sztucznych rzęs, bo prawda jest taka, że na co dzień nie ma opcji, żebym je aplikowała, a to właśnie jest mój makijaż dzienny :) Mam nadzieję, że mimo to Wam się spodoba.


Podsumowując, dla mnie jest to paleta niemalże idealna i odkąd ją mam, sięgam po nią przy każdym makijażu. Odcienie pięknie podkreślają niebieską tęczówkę. 


Dajcie koniecznie znać, jak Wam się podoba. Lubicie taką kolorystykę cieni? No i piszcie, czy używacie jeszcze kosmetyków lub pędzli marki Zoeva.

Buziaki!
Kasia

kwietnia 27, 2021

Cienie do powiek z Omnia Botanica

Hej!

Marka Omnia Botanica, o której pisałam TUTAJ, zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam skusić się jeszcze na kilka produktów. Dzisiaj opowiem Wam o cieniach do powiek. Zapraszam do czytania dalej :)

omnia-botanica

Do wyboru mamy 4 paletki cieni. Najpierw kupiłam jedną, potem skusiłam się na kolejne dwie. Ominęłam jedynie wersję nr 03, ponieważ zupełnie nie są to moje klimaty kolorystyczne. 

Myślę, że najlepiej będzie, jak omówimy sobie te palety po kolei.

01


Jest to paleta chłodna. Zawiera dwa chłodne brązy oraz dwa błyszczące cienie - średni brąz i bardzo jasny, szampański.

Skład:
Mica, Kaolin, CI 77499, CI 77491, Caprylic/Capric Triglyceride, CI 77742, CI 77891, Magnesium Stearate, Copernicia Cerifera Cera, CI 77492, Isocetyl Stearoyl Stearate, Pentylene Glycol, Glyceryl Caprylate, Magnolia Officinalis Bark Extract

omnia_botanica

02


Mamy tutaj dwa przepiękne maty - bordowy i śliwkowy, oraz dwa błyski - złoto oraz ciemne, stare złoto.

Skład:
Mica, CI 77491, Kaolin, Caprylic/Capric Triglyceride, CI 77499, Magnesium Stearate, Copernicia Cerifera Cera, Isocetyl Stearoyl Stearate, CI 77492, Pentylene GlycoL, Glyceryl Caprylate, Magnolia Officinalis Bark Extract


04


Najcieplejsza propozycja, która zawiera dość neutralny matowy brąz, który idealnie się sprawdza jako cień przejściowy oraz matowy rudy brąz. Jak w poprzednich paletach, mamy również dwa błyski - jaśniejszy, brzoskwiniowy opalizujący na złoto oraz miedziany. 

Skład:
Mica, Ci 77491, Kaolin, Ci 77742, Ci 77499, Ci 77492, Caprylic/Capric Triglyceride, Magnesium Stearate, Copernicia Cerifera Cera, Isocetyl Stearoyl Stearate, Pentylene Glycol, Glyceryl Caprylate, Magnesium Oxide, Alumina, Magnolia Officinalis Bark Extract


Jakość


I teraz najważniejsze: jak z jakością? Czy są to kolejne cienie na rynku z ładnym składem, którymi warto się zainteresować? Jak najbardziej tak. Przyznam się, że na początku kolorystyka do mnie nie przemawiała, ale ostatecznie stwierdziłam, że muszę je dla Was przetestować, bo naturalnych cieni nie ma za dużo na rynku. A już na pewno nie w takiej cenie. 
Jakość tych cieni mnie pozytywnie zaskoczyła. Wydaje mi się, że nie znam drugich tak jedwabistych cieni pod palcami. Naprawdę to jest jakieś masło. Cienie mają bardzo dobrą pigmentację, ładnie się rozcierają i przyklejają do siebie. Gdy nałożymy ciemny cień bezpośrednio na powiekę, to nie robi plam i da się go rozetrzeć. Maty jakościowo zupełnie nie odbiegają od cieni wysokopółkowych, a nawet mogłabym powiedzieć, że są lepsze.
Błyski pewnie nikogo nie zaskoczą. Są to klasyczne perły, ale również mają cudowną konsystencję, dobrze się aplikują na powiekę zarówno palcem, jak i płaskim pędzlem. Osobiście na co dzień lubię tego typu błyski, nie potrzebuję nic więcej, ale to już kwestia preferencji.

Przejdźmy do minusów. A właściwie jednego minusa, jaką jest trwałość. Przez to, że cienie są aż tak jedwabiste, to mam wrażenie, że są też odrobinę tłuste. Ja mam maksymalnie tłuste powieki i nie mogę znaleźć nawet nienaturalnej bazy, która by sobie z tym radziła, więc u mnie te cienie po jakimś czasie się zbierają. Moim zdaniem cienie będą idealne dla powiek suchych, dojrzałych i tłustych, jeśli macie dobrą bazę. 

Podsumowując, mamy kolejne cudowne cienie z naturalnym składem na rynku. Do tego są łatwo dostępne (w Rossmannie) i mają niską cenę (29,99 zł). Jeśli się nad nimi zastanawialiście, to naprawdę warto się skusić :)

Dajcie znać, jak Wam się podobają? :)

Buziaki!
Kasia

stycznia 26, 2021

Prezentacja cieni Eyemagination od Pixie Cosmetics

Hej!

Cienie Pixie Cosmetics (a właściwie Féerie Céleste) pokochałam od pierwszego użycia. Postanowiłam więc domówić jeszcze kilka i stworzyć paletkę 12 odcieni idealnych dla mnie. Dzisiaj chciałabym je Wam zaprezentować dokładniej, pokazać swatche, różnice między nimi. Mam nadzieję, że taki wpis Wam się spodoba. Zapraszam :)

Skomponowałam sobie paletkę, którą już miałam w domu, ale wiem, że niedługo w asortymencie Pixie ma się pojawić absolutnie przepiękna paletka magnetyczna i już nie mogę się jej doczekać :)

Na razie wybrałam sobie te odcienie, które najbardziej mi się podobają i do mnie pasują. Być może będę sobie powoli zbierać resztę kolorów, ale ta dwunastka obecnie w zupełności mi wystarczy. Czekam jeszcze na powiększenie kolekcji o brudne róże, bo tego mi najbardziej brakuje. 

W dzisiejszym wpisie chciałabym zaprezentować odcienie, które posiadam, żeby może ułatwić Wam wybór, jeśli się nad jakimś kolorem zastanawiacie. Muszę przyznać, że uwielbiam robić takie rzeczy - najpierw skomponować sobie paletkę, żeby idealnie wszystko do siebie pasowało, a później zrobić prezentację wszystkich kolorów. Cały czas się uczę robić jak najlepsze zdjęcia i swatche. 

Cienie podzieliłam sobie na dwie grupy - matowe i błyszczące. A zatem przejdźmy do opisu każdego z nich.


Cienie matowe


Dried Tumbleweed - jasny, cielisty cień, idealny do zmatowienia łuku brwiowego.

Wet Sand - chłodny, jasny beż, mający w sobie nutę szarości.

Coffee Bean Heart - dość ciemny brąz. Spodziewałam się bardzo chłodnego odcienia, ale pozytywnie się zaskoczyłam, ponieważ idzie on jednak bardziej w neutralną stronę.

Drop of Cappuccino - średni brąz, idealny jako cień przejściowy w załamanie powieki. Na powiece wypada cieplej niż w opakowaniu.

Sip of Burgundy - piękne, idealne bordo.

Eggplant Touch - ciemny, bakłażanowy brąz.


Cienie błyszczące


Lustrous Beige - piękny, chłodny odcień beżu. Metaliczne wykończenie, miękka, masełkowata formuła.

Glass of Rose Wine - ciężki do opisania cień, ponieważ w każdym świetle wygląda inaczej. Moim zdaniem to różowe złoto. Ma delikatnie różową bazę i opalizuje na złoto. 

Peach Gold - w palecie cień podobny do Glass od Rose Wine, ale jednak ma trochę inną bazę, bardziej brzoskwiniową.

Lychee Scale - jedyny błysk w mojej kolekcji z serii Frosted Pearl. Dla mnie bardziej satynowy niż perłowy. Kolor to taki jasny beż. Dla fanek bardzo delikatnego makijażu. 

Sunset in the Fairyland - jest to bardziej sprasowany cień od pozostałych Pigmentallic, które mam. To przepiękna czerwień, która ma w sobie mnóstwo maleńkich czerwonych drobinek. 

Heart in Berberis - ciemny fiolet, który również ma w sobie mnóstwo małych drobinek. Głównie  srebrzystych, ale mam wrażenie, że również troszkę niebieskich.

 
Na koniec krótki filmik (kolejność cieni taka jak na zdjęciu ze swatchami):


Mam nadzieję, że ten wpis okaże się dla Was przydatny. Dajcie proszę znać, jak Wam się podoba taka prezentacja kosmetyków. 

Buziaki!
Kasia

grudnia 19, 2020

Świąteczny prezent dla samej siebie - nowości od Féerie Céleste

Hej!

Witam Was w przedświątecznym wpisie, który tworzę między lepieniem pierogów a pieczeniem ciast. Jak u Was przygotowania? U mnie praca wre, ale znalazłam chwilę, żeby pokazać Wam nowości Féerie Céleste (to siostrzana marka Pixie Cosmetics), które tydzień temu miały swoją premierę, a mianowicie prasowane cienie do powiek oraz róż. Jeśli interesuje Was naturalna kolorówka, to koniecznie czytajcie dalej :)


Muszę przyznać, że Pixie nauczyło nas cierpliwości, ponieważ cienie do powiek były zapowiedziane chyba z pół roku temu. Zatem pewnie rozumiecie, że tej premiery najbardziej nie mogłam się doczekać i musiałam te cienie kupić. Sprawiłam więc sobie świąteczny prezent :) Do oferty weszło sporo odcieni, ale ja zdecydowałam się na razie na 7. W dalszej części wpisu dokładnie Wam je pokażę.

Na ten dzień elfy przygotowały jeszcze jedną premierę prasowanych róży, a więc również skusiłam się na jeden z nich. 

Pixie umie w opakowania


To trzeba przyznać. Powiem Wam, że chyba nie ma piękniejszych opakowań na rynku. Te grafiki są po prostu nieziemskie, w każdym świetle i pod każdym kątem wyglądają inaczej. Produkty od razu wprowadzają nas w baśniowy świat, pełen magii i cudów. Niezmiennie mnie to zachwyca i sprawia, że już w tej chwili mogę napisać, że warto było tak długo czekać :) Tego piękna nie da się oddać na zdjęciach, choć bardzo się starałam.
Zarówno cienie jak i róż to wkłady i trochę ciężko je przechowywać w tych opakowaniach. Lepiej przełożyć je do palety magnetycznej. Pixie zdradziło, że szykuje dla nas również coś w tym temacie :)


Róż prasowany Rosy Rhapsody


Do wyboru mamy 10 odcieni, ale najbardziej wpadł mi w oko 05 Nude Nuances. To jasna, zgaszona brzoskwinia. Bałam się, że kolor będzie za bardzo pomarańczowy, ale na szczęście nie. Na mojej bladej twarzy prezentuje się ładnie, delikatnie ją ożywia. Chciałam coś takiego bardziej stonowanego i nie zawiodłam się. Do tego róż rozciera się jak marzenie. Coś niesamowitego :)


Cienie do powiek Eyemagination


Marka wprowadziła aż 4 wykończenia cieni: matowe, opalizujące, perłowe i metaliczne. Na razie zdecydowałam się na dwa z nich, w sumie 7 cieni: 4 matowe i 3 metaliczne:

  • Dried Tumbleweed - jasny, dość chłodny cielisty odcień
  • Drop of Cappuccino - średni, neutralny brąz, idealny jako cień przejściowy w załamanie powieki
  • Sip of Burgundy - piękny, zgaszony bordowy mat
  • Eggplant Touch - ciemny, również zgaszony, bakłażanowy fiolet, fajnie się sprawdzi w zewnętrzny kącik albo jako kreska przy linii rzęs


  • Lustrous Beige - chłodny, metaliczny beż, ma w sobie srebrzyste tony
  • Glass of Rose Wine - ciekawy odcień, dla mnie to takie metaliczne różowe złoto. W świetle dziennym widzę w nim delikatnie miedzianą bazę opalizującą na złoto. Cień ciężki do opisania.
  • Glimpse of Sunshine - ten cień dałabym do piątej kategorii, np. drobinkowe, ponieważ to jasny róż ze złotymi drobinkami


Tutaj wszystkie produkty razem:


I swatche:


Bardzo ciężko oddać błyski na zdjęciach, ale myślę, że tutaj widać różnicę w Glimpse of Sunshine:


Formuła


Konsystencja jest przyjemna, raczej jedwabista. Zdecydowanie nie są to suche, kredowe cienie. Maty mają cechę, którą najbardziej lubię w cieniach, a mianowicie dają się budować i dobrze się ze sobą łączą. Błyski najlepiej nakładać palcem na mokrą bazę - wtedy wydobędziemy z nich największy blask., aczkolwiek te typowo metaliczne (Lustrous Beige oraz Glass of Rose Wine całkiem nieźle nabierają się również na pędzel). Oczywiście jest to moje pierwsze wrażenie, ale przetestowałam już w swoim życiu sporo cieni i czuję, że z tymi się polubię, bo uwielbiam, jak cienie się do siebie kleją. Na pewno pokażę Wam jakiś makijaż tymi cieniami na moim instagramie, więc tam Was również zapraszam :)

Cena i dostępność


Cienie matowe i perłowe kosztują 36 zł, metaliczne 39 zł i opalizujące 54 zł za 1,2 grama. Za róż płacimy 48 zł za 3 gramy. Produkty dostępne są na razie tylko na stronie pixiecosmetics.com.

Co wyróżnia kosmetyki Pixie Cosmetics?


Według mnie najbardziej piękne, naturalne składy. Naturalnych cieni bardzo brakuje na naszym rynku i cieszę się, że marka poszła właśnie w tę stronę. Mam nadzieję, że będzie stopniowo rozszerzać ofertę, bo bardzo chętnie przygarnęłabym jakieś brudne róże :) 
Mam świadomość tego, że te produkty są drogie. Osobiście jednak za naturalny skład i przy tym świetną jakość jestem w stanie zapłacić. Do tego te przepiękne opakowania sprawiają, że otrzymujemy produkt luksusowy, który cieszy nasze oko. 
Jestem dumna z marki, że się tak rozwija i dopóki będzie tworzyć takie cuda, to na pewno będę ją wspierać. 


Mam nadzieję, że ten wpis okaże się dla Was przydatny :) Piszcie, jak Wam się te cienie podobają? Czy jesteście w stanie wydać więcej za naturalny skład, czy może nie ma on dla Was znaczenia? 
Przy okazji życzę Wam spokojnych i zdrowych Świąt :)

Buziaki!
Kasia

listopada 26, 2020

Too Faced - paleta cieni Pumpkin Spice
Recenzja + 3 makijaże

 Dzień dobry!

Jak już pewnie wiecie, uwielbiam naturalne kosmetyki i tutaj na blogu staram się już pokazywać tylko takie, ale czasem odczuwam potrzebę zrobienia bardziej szalonego makijażu. Za to swego czasu najbardziej pokochałam makijaż, że można się wyżyć artystycznie. A ponieważ naturalnych cieni na rynku jest stosunkowo mało, to skusiłam się na totalnie nienaturalną (ale jakże piękną) paletę Pumpkin Spice od Too Faced. Jutro Black Friday, więc w sklepach roi się od promocji, zatem być może akurat zastanawiałyście się nad tą paletą i taki wpis Wam się przyda. Zapraszam :)


Opakowanie jest metalowe, w dyniowym kolorze. Wszystko wygląda bardzo spójnie, jak na Too Faced przystało. Również zapach przypomina nazwę. Jest słodki, delikatnie korzenny. 

W środku mamy 18 cieni - 12 matów i 6 błysków. 4 z nich są mniej sprasowane, takie bardziej płateczkowe, a 2 (Crisp i Falling For You) mocniej sprasowane, bez widocznych drobinek.

Kolorystyka bardzo mi się podoba. Jest niesamowicie różnorodna, przez co można wykonać naprawdę wiele ciekawych makijaży. O to w zasadzie mi chodziło, kupując tę paletę, żeby była takim uzupełnieniem do tego, co już mam. W większości mamy tutaj ciepłe cienie. Najbardziej cieszę się z żółto-pomarańczowego Pumpkin Spice, ponieważ co roku jesienią mam fazę na takie kolory. W palecie znajdujemy też trzy zielenie, dwie błyszczące i jedną matową (Sweetie Pie), który jest niesamowicie ciekawy - to mocno zgniła zieleń. Dolny rząd to kolory chłodniejsze, brudne róże, fiolety. 


Jeśli chodzi o formułę cieni, to jest ona bardzo w stylu Too Faced. Cienie są dobrze napigmentowane, ale nie należą do tych najbardziej masełkowatych. Maty dobrze się rozcierają i ze sobą łączą. Tak naprawdę jedyny zarzut mam do Spice of Life, czyli ciemnego fioletu, ponieważ może robić plamy. Najlepiej go wciskać w powiekę i za bardzo nie blendować. Jeśli chodzi o błyski, to te płateczkowe radzę aplikować na klej, żeby drobinki się za bardzo nie osypały. Jedynie cień Crisp mnie trochę rozczarował, ponieważ ma gorszą pigmentację, ale myślę, że może się nieźle sprawdzić w dziennych makijażach.


Generalnie jestem zadowolona z zakupu tej palety. Myślę, że to fajne kolory do pobawienia się makijażem, chociaż znajdziemy w niej też odcienie, którymi bez problemu zrobimy dzienny makijaż. Te dolne brudne róże są cudne!

Na koniec trzy propozycje makijażu :)


Dajcie proszę znać, jak Wam się podoba paleta i makijaże, które nią wykonałam? :)

Buziaki!
Kasia

października 30, 2020

Nowości Felicea & makijaż jedną marką

Cześć!

Kiedy marka Felicea wypuszcza nowości, to absolutnie nie mogę przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza że są to nowości, na widok których maniaczce makijażowej zawsze zaświecą się oczy, czyli palety cieni i palety do konturowania. Wybrałam po jednej z nich i dzisiaj Wam je pokażę. Zapraszam :)


Naturalny błyszczyk do ust


Zacznę od produktu, który już jest w ofercie od dłuższego czasu, ale zawsze chciałam go przetestować. Mowa o błyszczyku. Skusiłam się na odcień 33, czyli taki zgaszony róż. Ma w sobie dużo maleńkich, złotych drobinek. Konsystencja jest gęsta i lepiąca, więc myślę, że nie przypadnie każdemu do gustu. Niemniej na ustach wygląda ładnie :)


Paleta cieni do powiek


Muszę przyznać, że ciężko mi się było zdecydować, ale ostatecznie wzięłam #202 Light Rose. Trochę zdziwiła mnie wielkość palety. Jest bardzo mała. Nawet nie pomyślałam wcześniej, żeby sprawdzić gramaturę, ale jak przyszła, to okazało się, że ma tylko 3,2 grama, czyli jeden cień ma 0,8 grama. Mi to jakoś nie przeszkadza, ponieważ rzadko mi się zdarza zużyć jakiś cień, ale daję znać. 


Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o ekologicznych opakowaniach wykonanych z tektury, a także pięknym, naturalnym składzie. Zdecydowanie jest to coś, co wyróżnia tę markę na rynku. 

W środku znajdują się cztery cienie - jeden mat, jedna satyna i dwa cienie perłowe, którym również bliżej do satyny. Mają przyjemną konsystencję i niezłą pigmentację. Jednocześnie ta kolorystyka jest mocno stonowana, więc moim zdaniem jest to typowa paleta na dzień. Natomiast cienie ładnie pracują i nie mam im nic do zarzucenia. 


Trio do konturowania


Wśród nowości możemy znaleźć również paletę do konturowania. Zdecydowałam się na wersję 301 Light, która posiada trzy produkty - bronzer, róż i rozświetlacz. Z tego, co wiem, tylko bronzer w tej wersji jest nowy. Reszta to kosmetyki, które możemy znaleźć w ofercie marki. Muszę też wspomnieć o tym, że ten sam odcień bronzera występuje w obu wersjach kolorystycznych.

 
Największy zarzut mam właśnie do bronzera, ponieważ jest ciepły. Liczyłam na coś bardziej neutralnego, a na mojej cerze wypada pomarańczowo. Na szczęście rozciera się ładnie, a po nałożeniu wszystkich produktów z palety nie wygląda tak źle, ale jednak muszę się do tego przyczepić. 
Rozświetlacz to mój ukochany Champagne, który tworzy przepiękną taflę na policzku i wygląda jak mokra skóra. A róż to jasny matowy różowy odcień, który fajnie ożywia cały makijaż. 


Pigmentacja tych produktów jest naprawdę dobra i trzeba z nimi uważać, bo można przesadzić. Ogólnie paleta mi się podoba, chociaż trochę ubolewam, że bronzer nie jest do konturowania, a do ocieplania twarzy. 

Makijaż


Na koniec mam dla Was makijaż jedną marką. Stwierdziłam, że pokażę Wam te kosmetyki na sobie. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że aparat mocno zjada kolory, jednak starałam się, żeby wszystko jak najlepiej było widoczne.

Użyłam:
  • podkład naturalny kolor light
  • kredka do brwi nr 86 light brown
  • paleta cieni 202 Light Rose
  • paleta do konturowania 301 Light
  • szminka nr 28
  • błyszczyk nr 33

Wszystkie produkty marki felicea dostaniecie na ich stronie felicea.pl (wpis nie jest sponsorowany). 

Dajcie proszę znać, jak Wam się te kosmetyki podobają? Macie ochotę się skusić? Zwracacie w ogóle uwagę na składy kolorówki? Jestem bardzo ciekawa :)

Buziaki!
Kasia

TOP