Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty

września 28, 2021

Natasha Denona - Retro Palette

Hej!

Natasha Denona to jedna z droższych marek dostępnych w Sephorze. Przyznaję, że wcześniej mocno mnie nie interesowała, bo te ceny wydają się dla mnie przesadne. Najnowsza paleta Retro Palette zaciekawiła mnie na tyle, że postanowiłam się na nią skusić. Nie zapłaciłam jednak za nią zbyt wiele, bo miałam bony podarunkowe, a na Natashę na szczęście wchodzą zniżki. Dzięki temu mam okazję przetestować jedną z ładniejszych palet, które wyszły w ostatnim czasie. Jeśli jesteście ciekawi, czy mnie zachwyciła, czy może rozczarowała, to koniecznie czytajcie dalej :)

Paleta ma solidne opakowanie zamykane na magnes. Jest bardzo minimalistyczne, co z jednej strony mi się podoba, a z drugiej mam poczucie, że za taką cenę mogłoby być to coś bardziej wypaśnego. W środku znajdujemy duże, porządne lusterko i aż 15 cieni. 

Ogólnie kolorystyka palety bardzo mi się podoba. Jest dosyć chłodna i totalnie w moim stylu. Jak widzę w palecie brudne róże, bordo, to od razu serce mi bije szybciej ;) Na pierwszy rzut oka paleta jest użytkowa i idealna do codziennego makijażu. Po dłuższym używaniu mam wrażenie, że będzie pasowała bardziej do ciemniejszych karnacji. Mój główny zarzut to brak jasnych błysków. Glitz i Psychedelic to cienie drobinkowe, bardziej toppery, które jakoś mocno nie rozjaśniają powieki. Z kolei błyski metaliczne typu Jude i Helio są dosyć ciemne. 

Kolorystyka jednak i jej przypasowanie to kwestia mocno indywidualna, bo każdy lubi coś innego. Mi po prostu mocno brakuje jasnego błysku o wykończeniu metalicznym. Matowy cień Mod jest absolutnie przepiękny i można nim fajnie rozjaśnić wewnętrzny kącik. 

Mnie w tej palecie najbardziej zaskoczyła ilość wykończeń. Mamy ich aż 5. Przyznacie, że to sporo jak na 15 cieni. Mamy zatem:

Duo Chrome - to jeden cień w palecie - glitz, czyli złote drobinki i jasnoróżowa baza.

Crystal - to cień psychedelic, który jest typowym topperem. To niebiesko-różowe drobinki.

Metallic - to trzy cienie - jude, helio, swing oraz patty. To mój ulubiony rodzaj błysku, bardzo gładki, bez widocznych drobin.

Creamy Matte - to 4 cienie - mod, groove, nude mauve oraz amara. Te maty są cudowne, świetnie napigmentowane. Dokładnie takie, jak lubię i dla mnie wszystkie maty w tej palecie mogłyby być takie.

Cream to powder - ostatnie wykończenie i aż 5 cieni - andy, vivienne, opart, go-go i rebellion. Do tego wykończenia nie mogę się przekonać. Cienie gorzej wchodzą na pędzel niż Creamy Matte, są mniej widoczne na powiece. Moim zdaniem CM są dużo lepsze. 


Powiem Wam, że mam mieszane uczucia co do tej palety i nie umiem jej jednoznacznie ocenić. Z jednej strony do jakości nie mogę się przyczepić. Cienie się bardzo dobrze rozcierają, nawet jak się nałoży za dużo. Ładnie się też łączą. Zdecydowanie nie jest to paleta nudna, a ta ilość wykończeń zachęca do eksperymentowania. 
Jeśli chodzi o formuły, to najbardziej przekonały mnie do siebie maty, którymi pracuje się świetnie. Mam do nich zarzut, że odrobinę inaczej wyglądają na oku. Mam tutaj na myśli w szczególności cień amara, który w opakowaniu wygląda rudawo, a na powiece zamienia się w bordo i niewiele się różni od groove.
Brakuje mi jasnego, cielistego matu. Mod jest zbyt jasny i za bardzo różowy, z kolei vivienne jest to Cream to powder i tak średnio sprawdza się do zmatowienia łuku brwiowego. 
Jak już wspomniałam, brakuje mi również jaśniejszych błysków. Na co dzień nie lubię cieni drobinkowych, więc wykończenie Metallic mi bardzo odpowiada, ale odcienie są dosyć ciemne. Od razu zaznaczam, że jeśli nastawiacie się na jakieś spektakularne błyski, to w tej palecie tego nie znajdziecie. Cienie Metallic (zwłaszcza patty i swing) wyglądają na powiece jak satyny.


Ogólnie paleta mi się podoba i cieszę się, że się na nią zdecydowałam. Uważam, że kolorystyka jest idealna na nadchodzącą jesień. Czy kupiłabym ją w normalnej cenie 315 zł lub na promocji bez bonów podarunkowych? Zdecydowanie nie. Tak szczerze to nie uważam, żeby jakiekolwiek cienie mogły być tyle warte. Owszem, te są dobre, ale w Polsce mamy mnóstwo cudownych palet, np. Say Yes od Dessi, którą absolutnie uwielbiam.

Na koniec makijaż, który wykonałam samymi matami. 


Piszcie koniecznie, co sądzicie o takich drogich paletach? Lubicie sobie czasem kupić coś droższego? Czy szukacie tańszych zamienników? :)

Buziaki!
Kasia

maja 31, 2021

Zoeva - paleta cieni Together We Shine
Recenzja + makijaż

Hej!

Czy pamiętacie jeszcze markę Zoeva? Kilka lat temu była bardzo znana, każdy chciał mieć jakąś paletę albo pędzle. Te ostatnie zresztą nadal mam, używam i lubię. Nic się z nimi nie dzieje. Co do palet, to kilka lat temu moją ukochaną była En Taupe. Natomiast ostatnią, jaką miałam, była jakaś mini paleta, która powędrowała dalej w świat, bo nie używałam jej zbyt często. Tak szczerze to trochę zapomniałam o tej marce i nie śledziłam ostatnio, co tam u niej słychać. Przez przypadek dowiedziałam się o nowej kolekcji. Paleta cieni Together We Shine wpadła mi w oko i stwierdziłam, że fajnie by było ją przetestować. Jeśli jesteście ciekawi, czy jestem z niej zadowolona i nie żałuję zakupu, to koniecznie czytajcie dalej :)


Po pierwsze nie mogę nie wspomnieć o przepięknym opakowaniu. Ten matowy róż, w połączeniu z błyszczącymi detalami w odcieniu rose gold, wygląda naprawdę świetnie. Dodatkowo paleta ma dobrej jakości lusterko i jest porządnie wykonana. 

W środku znajdujemy 10 cieni - 7 matowych i 3 błyszczące. Na stronie Zoeva producent obiecuje, że cienie mają nową formułę z większą pigmentacją. Powinny być jedwabiste i świetnie się blendować. Formuła jest wegańska, cienie nie były testowanie na zwierzętach, a także nie zawierają olejów mineralnych, zapachu i parabenów. 

Co do składu, to nie jest to skład naturalny, ale dla mnie akceptowalny. Mamy tutaj silikony, ale nie widzę np. dodawanego ostatnio wszędzie polietylenu. 

Jeśli chodzi o kolorystykę, to mamy tutaj odcienie w różowo - nudziakowych tonach. Również na stronie można przeczytać, że dzięki nim będzie można wykreować wyjątkowe makijaże na co dzień. Jak widzimy, z założenia ma być to paleta do dziennych makijaży, choć również ciemniejsze wieczorowe smoky dałoby się nią wykonać. Niemniej trzeba zauważyć, że kolory są do siebie dość mocno zbliżone, więc zdecydowanie nie jest to paleta do różnorodnych makijaży, w których każdy odcień dokładnie widać na powiece i nic się nie zlewa. Tutaj cienie na powiece się przenikają, tworzą całość i moim zdaniem jest to idealna paleta do fajnych dziennych smoky. Odcienie Confidence i Strength idealnie sprawdzają się do przyciemnienia zewnętrznego kącika. 
Błyski z kolei są to cienie metaliczne. Jest to błysk dosyć delikatny, elegancki i stonowany. Dla mnie idealny na co dzień. Nie ma tutaj mowy o błysku typu turbopigmenty z Glamshop.


Jeśli chodzi o jakość, to muszę przyznać, że obietnice producenta zostały spełnione. Cienie z palety Together We Shine są niezwykle jedwabiste. Mają świetną pigmentację, prawie w ogóle się nie osypują. Do tego blendują się jak marzenie. Cienie dobrze się ze sobą łączą i do siebie kleją. Błyski najlepiej wyglądają nakładane palcem. 
Z minusów zauważam tylko jeden. Jak na 10 cieni w palecie, to bardzo brakuje mi jasnego, cielistego matu. Wtedy byłaby to dla mnie paleta kompletna. 

Paleta jest już dostępna na stronie sephora.pl i kosztuje 129 zł.


Na koniec makijaż, który wykonałam przy użyciu większości cieni. Nie dodawałam sztucznych rzęs, bo prawda jest taka, że na co dzień nie ma opcji, żebym je aplikowała, a to właśnie jest mój makijaż dzienny :) Mam nadzieję, że mimo to Wam się spodoba.


Podsumowując, dla mnie jest to paleta niemalże idealna i odkąd ją mam, sięgam po nią przy każdym makijażu. Odcienie pięknie podkreślają niebieską tęczówkę. 


Dajcie koniecznie znać, jak Wam się podoba. Lubicie taką kolorystykę cieni? No i piszcie, czy używacie jeszcze kosmetyków lub pędzli marki Zoeva.

Buziaki!
Kasia

listopada 26, 2020

Too Faced - paleta cieni Pumpkin Spice
Recenzja + 3 makijaże

 Dzień dobry!

Jak już pewnie wiecie, uwielbiam naturalne kosmetyki i tutaj na blogu staram się już pokazywać tylko takie, ale czasem odczuwam potrzebę zrobienia bardziej szalonego makijażu. Za to swego czasu najbardziej pokochałam makijaż, że można się wyżyć artystycznie. A ponieważ naturalnych cieni na rynku jest stosunkowo mało, to skusiłam się na totalnie nienaturalną (ale jakże piękną) paletę Pumpkin Spice od Too Faced. Jutro Black Friday, więc w sklepach roi się od promocji, zatem być może akurat zastanawiałyście się nad tą paletą i taki wpis Wam się przyda. Zapraszam :)


Opakowanie jest metalowe, w dyniowym kolorze. Wszystko wygląda bardzo spójnie, jak na Too Faced przystało. Również zapach przypomina nazwę. Jest słodki, delikatnie korzenny. 

W środku mamy 18 cieni - 12 matów i 6 błysków. 4 z nich są mniej sprasowane, takie bardziej płateczkowe, a 2 (Crisp i Falling For You) mocniej sprasowane, bez widocznych drobinek.

Kolorystyka bardzo mi się podoba. Jest niesamowicie różnorodna, przez co można wykonać naprawdę wiele ciekawych makijaży. O to w zasadzie mi chodziło, kupując tę paletę, żeby była takim uzupełnieniem do tego, co już mam. W większości mamy tutaj ciepłe cienie. Najbardziej cieszę się z żółto-pomarańczowego Pumpkin Spice, ponieważ co roku jesienią mam fazę na takie kolory. W palecie znajdujemy też trzy zielenie, dwie błyszczące i jedną matową (Sweetie Pie), który jest niesamowicie ciekawy - to mocno zgniła zieleń. Dolny rząd to kolory chłodniejsze, brudne róże, fiolety. 


Jeśli chodzi o formułę cieni, to jest ona bardzo w stylu Too Faced. Cienie są dobrze napigmentowane, ale nie należą do tych najbardziej masełkowatych. Maty dobrze się rozcierają i ze sobą łączą. Tak naprawdę jedyny zarzut mam do Spice of Life, czyli ciemnego fioletu, ponieważ może robić plamy. Najlepiej go wciskać w powiekę i za bardzo nie blendować. Jeśli chodzi o błyski, to te płateczkowe radzę aplikować na klej, żeby drobinki się za bardzo nie osypały. Jedynie cień Crisp mnie trochę rozczarował, ponieważ ma gorszą pigmentację, ale myślę, że może się nieźle sprawdzić w dziennych makijażach.


Generalnie jestem zadowolona z zakupu tej palety. Myślę, że to fajne kolory do pobawienia się makijażem, chociaż znajdziemy w niej też odcienie, którymi bez problemu zrobimy dzienny makijaż. Te dolne brudne róże są cudne!

Na koniec trzy propozycje makijażu :)


Dajcie proszę znać, jak Wam się podoba paleta i makijaże, które nią wykonałam? :)

Buziaki!
Kasia

października 30, 2020

Nowości Felicea & makijaż jedną marką

Cześć!

Kiedy marka Felicea wypuszcza nowości, to absolutnie nie mogę przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza że są to nowości, na widok których maniaczce makijażowej zawsze zaświecą się oczy, czyli palety cieni i palety do konturowania. Wybrałam po jednej z nich i dzisiaj Wam je pokażę. Zapraszam :)


Naturalny błyszczyk do ust


Zacznę od produktu, który już jest w ofercie od dłuższego czasu, ale zawsze chciałam go przetestować. Mowa o błyszczyku. Skusiłam się na odcień 33, czyli taki zgaszony róż. Ma w sobie dużo maleńkich, złotych drobinek. Konsystencja jest gęsta i lepiąca, więc myślę, że nie przypadnie każdemu do gustu. Niemniej na ustach wygląda ładnie :)


Paleta cieni do powiek


Muszę przyznać, że ciężko mi się było zdecydować, ale ostatecznie wzięłam #202 Light Rose. Trochę zdziwiła mnie wielkość palety. Jest bardzo mała. Nawet nie pomyślałam wcześniej, żeby sprawdzić gramaturę, ale jak przyszła, to okazało się, że ma tylko 3,2 grama, czyli jeden cień ma 0,8 grama. Mi to jakoś nie przeszkadza, ponieważ rzadko mi się zdarza zużyć jakiś cień, ale daję znać. 


Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o ekologicznych opakowaniach wykonanych z tektury, a także pięknym, naturalnym składzie. Zdecydowanie jest to coś, co wyróżnia tę markę na rynku. 

W środku znajdują się cztery cienie - jeden mat, jedna satyna i dwa cienie perłowe, którym również bliżej do satyny. Mają przyjemną konsystencję i niezłą pigmentację. Jednocześnie ta kolorystyka jest mocno stonowana, więc moim zdaniem jest to typowa paleta na dzień. Natomiast cienie ładnie pracują i nie mam im nic do zarzucenia. 


Trio do konturowania


Wśród nowości możemy znaleźć również paletę do konturowania. Zdecydowałam się na wersję 301 Light, która posiada trzy produkty - bronzer, róż i rozświetlacz. Z tego, co wiem, tylko bronzer w tej wersji jest nowy. Reszta to kosmetyki, które możemy znaleźć w ofercie marki. Muszę też wspomnieć o tym, że ten sam odcień bronzera występuje w obu wersjach kolorystycznych.

 
Największy zarzut mam właśnie do bronzera, ponieważ jest ciepły. Liczyłam na coś bardziej neutralnego, a na mojej cerze wypada pomarańczowo. Na szczęście rozciera się ładnie, a po nałożeniu wszystkich produktów z palety nie wygląda tak źle, ale jednak muszę się do tego przyczepić. 
Rozświetlacz to mój ukochany Champagne, który tworzy przepiękną taflę na policzku i wygląda jak mokra skóra. A róż to jasny matowy różowy odcień, który fajnie ożywia cały makijaż. 


Pigmentacja tych produktów jest naprawdę dobra i trzeba z nimi uważać, bo można przesadzić. Ogólnie paleta mi się podoba, chociaż trochę ubolewam, że bronzer nie jest do konturowania, a do ocieplania twarzy. 

Makijaż


Na koniec mam dla Was makijaż jedną marką. Stwierdziłam, że pokażę Wam te kosmetyki na sobie. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że aparat mocno zjada kolory, jednak starałam się, żeby wszystko jak najlepiej było widoczne.

Użyłam:
  • podkład naturalny kolor light
  • kredka do brwi nr 86 light brown
  • paleta cieni 202 Light Rose
  • paleta do konturowania 301 Light
  • szminka nr 28
  • błyszczyk nr 33

Wszystkie produkty marki felicea dostaniecie na ich stronie felicea.pl (wpis nie jest sponsorowany). 

Dajcie proszę znać, jak Wam się te kosmetyki podobają? Macie ochotę się skusić? Zwracacie w ogóle uwagę na składy kolorówki? Jestem bardzo ciekawa :)

Buziaki!
Kasia

sierpnia 10, 2020

Bell - paleta cieni Pressed Pigment
Czy warto kupować kosmetyki w Biedronce? #12

Hej!

Przy okazji kosmetycznych zakupów w Biedronce skusiłam się jeszcze na jedną rzecz, a mianowicie paletę cieni Pressed Pigment z Bell. Zainteresowała mnie, ponieważ nie ma najgorszego składu, więc stwierdziłam, że ją dla Was przetestuję. Jeśli jesteście ciekawi, czy warto po nią sięgnąć, to zapraszam do czytania dalej :)


Paleta ma plastikowe opakowanie bez lusterka i zawiera 10 cieni - 6 matowych i 4 błyszczące. Utrzymana jest w ciepłej kolorystyce, ale znajdziemy w niej też podstawowe kolory takie jak cielisty beż oraz czerń. Oprócz tego z matów mamy również:
  • ciepły, jasny brąz, który świetnie sprawdza się jako cień przejściowy,
  • ciemniejszy, rdzawy brąz,
  • chłodniejszy brąz do przyciemnienia zewnętrznego kącika,
  • piękny, śliwkowy, dość ciemny cień.
Natomiast z błysków mamy:
  • miedziany,
  • lekko pomarańczowe złoto,
  • żółty,
  • ciemny khaki ze złotymi drobinkami.

Paletę zakupiłam, bo ma przyzwoity skład. Nie jest naturalny, ale nie zauważyłam w nim np. mikroplastiku, którego unikam, jak mogę i który jest naprawdę w większości kosmetyków kolorowych niezależnie od ceny. 


Cienie mają bardzo jedwabistą konsystencję i genialnie się rozcierają, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Pigmentacja jest według mnie w sam raz. Da się stopniować intensywność cieni. Do tego całkiem nieźle się ze sobą łączą. Najgorzej przykleja się do pozostałych ten ciemny brąz, ale generalnie uważam, że i tak jest ok. Najlepiej go wciskać w powiekę, a nie rozcierać, żeby nie zrobił plam. Jeśli chodzi o czerń, to dobrze się nią robi kreskę przy linii rzęs. Bardzo zaskoczył mnie też cielisty beż, który ma genialną pigmentację. Błyski najładniej wyglądają na klejącej bazie. Szczególnie ten żółty i ciemny khaki najlepiej tak aplikować.


Na koniec propozycja makijażu. Starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni. Muszę przyznać, że pracuje się nimi naprawdę dobrze.


Jeśli dobrze pamiętam, to paleta kosztuje 19,99 zł i jest dostępna w szafach Bell w Biedronce. Ostatnio chętnie po nią sięgam, zwłaszcza jeśli mam ochotę na ciepły makijaż. Kolory pięknie podbijają niebieską tęczówkę. Jakościowo paleta mnie pozytywnie zaskoczyła. Cienie świetnie się rozcierają. Myślę, że za taką cenę warto się skusić, jeśli akurat szukałyście palety w takiej kolorystyce.

Dajcie znać, jak Wam się podoba? Lubicie takie kolory cieni? :)

Buziaki!
Kasia

maja 09, 2020

Makijaż kosmetykami naturalnymi | Czego brakuje mi w naturalnej kolorówce?

Hej!

Niedawno otrzymałam bardzo ciekawe pytanie, które brzmiało: czego brakuje mi w naturalnej kolorówce? Serdecznie za nie dziękuję :) Stwierdziłam, że odpowiem na nie w osobnym wpisie i przy okazji pokażę Wam makijaż wykonany w 100% kosmetykami naturalnymi. Zapraszam :)

purobio-felicea-madara-couelur-caramel-feerie-celeste

Na początek pokażę Wam makijaż. Jestem bardzo ciekawa, czy zorientowałybyście się, że nie są to tradycyjna, nienaturalna (nie wiem, jak ją nazywać, ale wiecie, o co chodzi) kolorówka. 

makijaż-kosmetyki-naturalne

Do wykonania makijażu użyłam:
  • podkład Purobio Sublime Drop Foundation odcień 00
  • korektor Madara Perfecting Concealer odcień 15
  • puder Purobio Indissoluble Silky Powder
  • bronzer Feerie Celeste Bewitches Bronze odcień 100 Taupe Whisper
  • róż Couleur Caramel nr 68
  • rozświetlacz Felicea nr 142
  • cienie do powiek Purobio nr 25, 26, 27, 01, 03, 05, 13
  • tusz do rzęs Couleur Caramel maskara wydłużająca
  • brwi Couleur Caramel pomada nr 61
  • konturówka do ust Purobio nr 08
  • szminka Couleur Caramel nr 257
  • na dekolcie (czego niestety nie widać) Madara Cosmic Drops nr 01 + rozświetlacz Felicea nr 141

Powiem Wam, że jestem naprawdę zadowolona z tego makijażu i cieszę się, że znalazłam tyle cudownych naturalnych kosmetyków kolorowych. Mimo to jest kilka rzeczy, których nadal poszukuję. Na pewno najbardziej brakuje mi dobrze kryjącego korektora pod oczy. Te w sztyfcie oraz kremie wyglądają u mnie strasznie. Z kolei ten z Madary jest ok, ale mógłby mieć ciut lepsze krycie. Mimo to cieszę się, że chociaż jeden produkt znalazłam w tej kategorii, który się u mnie nie warzy. 
Nie mogę znaleźć również naturalnej bazy pod cienie, która rzeczywiście utrzymywałaby cienie na moich tłustych powiekach. W powyższym makijażu użyłam korektora i uważam, że cienie z Purobio trzymają się nadzwyczaj dobrze, ale jednak moje powieki potrzebują bazy. 
Nie mam problemu z kolei ze szminkami, bo ostatnio noszę tylko te nawilżające lub ewentualnie klasyczne matowe z Couleur Caramel lub Felicea. Czasem jednak miałabym ochotę na te matowe w płynie, zastygające, które długo się utrzymują, ale takich nie znalazłam jeszcze wśród tych z naturalnym składem. 
Zatem jak widzicie, niewiele mi brakuje. Używanie naturalnych kosmetyków jest uzależniające i trudno wrócić do tych nienaturalnych, jak już się umie czytać składy. Mnie już nawet nie denerwują jakieś silikony czy glikole, ale najbardziej mikroplastik (np. Polyethylene), który jest właściwie w każdej bazie pod cienie, wielu cieniach do powiek (np. z GlamShop). Nie będę się tutaj rozpisywać na ten temat, ale warto pamiętać, że składy są ważne nie tylko dla nas i naszej skóry, ale również dla środowiska. 

makijaż-niebieskie-oczy-kosmetyki-naturalne

Dajcie proszę znać, jak Wam się podoba makijaż? Piszcie, czego Wam najbardziej brakuje w naturalnej kolorówce.

Do następnego!
Kasia

lipca 12, 2019

Morphe - The Jaclyn Hill Eyeshadow Palette

Hej!

Nadszedł czas na recenzję palety, którą mam u siebie już prawie rok i o której trochę zapomniałam. A zdecydowanie zasłużyła na to, żeby o niej trochę opowiedzieć. Mowa o palecie Morphe, która powstała we współpracy z Jaclyn Hill. Zapraszam :)

morphe-the-jaclyn-hill-palette

Paleta The Jaclyn Hill Palette to 35 cieni zamkniętych w białym, minimalistycznym, tekturowym opakowaniu. 18 z nich to cienie błyszczące, pozostałe 17 to maty. Paleta jest utrzymana raczej w ciepłej tonacji, chociaż znajduje się też w niej kilka chłodnych odcieni. Całość prezentuje się moim zdaniem bardzo ciekawie, chociaż zauważam również jeden główny minus, mianowicie powtarzające się odcienie, które różnią się od siebie nieznacznie. Takich minimalnych różnic zupełnie na oku nie widać. Mimo to kolorystyka mi się podoba i uważam, że da się tymi cieniami stworzyć wiele makijaży. Niestety nie jest to paleta kompletna, ponieważ nie posiada matowego cielistego beżu. Te dwa pierwsze cienie są błyszczące. 

morphe-jaclyn-hill-palette

Jeśli chodzi o konsystencję, to jest ona masełkowa, bardzo przyjemna. Cienie mają genialną pigmentację, co będziecie mogli zobaczyć na zdjęciu ze swatchami. Jak może wiecie, ja za taką przesadną pigmentacją nie przepadam, bo często trzeba z nią uważać, ale z tymi cieniami pracuje mi się wyjątkowo dobrze. Da się stopniować ich intensywność, bardzo dobrze się rozcierają i ze sobą łączą. Cienie metaliczne zazwyczaj nakładam palcem i większość z nich przykleja się nawet bez bazy. Przetestowałam już w swoim życiu wiele cieni i uważam, że te cienie z Morphe są jednymi z lepszych. 


Moim zdaniem jest to idealna paleta dla wizażystek. Aż czasem żałuję, że na razie sama nie maluję. Mamy tutaj w zasadzie wszystko, czego potrzeba. Cieniami pracuje się bardzo łatwo, więc będzie to też dobra opcja dla początkujących makijażystek, które zbierają kosmetyki do kufra. 
Niestety nie wiem, jak obecnie z dostępnością w Polsce. Ja tę paletę kupowałam przez Facebooka American Cosmetics. Kosztowała 200 zł. Wydaje się dużo, ale w przeliczeniu na jeden cień wychodzi coś ok. 5,70 zł, więc jak widzicie, tanioszka.


Udało mi się też zrobić makijaż, bo bardzo chciałam Wam pokazać, jak ładnie te cienie wyglądają. I zapewniam Wam, że ten efekt uzyskałam bez jakiegoś wielkiego nakładu pracy.

morphe-jaclyn-hill-makeup-makijaż

Zdecydowanie mogę tę paletę polecić. Jeśli się nad nią zastanawialiście, to bierzcie, na pewno będziecie zadowoleni :)

Piszcie proszę, jak Wam się podoba ta paleta, a jeśli już jej używaliście, to czy macie podobne odczucia na jej temat.

Do następnego!
Kasia

grudnia 12, 2018

W7 Delicious & Maybelline Total Temptation
Recenzja + makijaż


Nowości marki W7 obserwuję od dłuższego czasu i miałam wielką ochotę, żeby coś przetestować. Jak pewnie wiecie, firma wzoruje się na drogich kosmetykach. Paletka, którą Wam dzisiaj pokażę, jest mniej więcej 10 razy tańsza od oryginału, więc przyznaję, że bardzo mnie ciekawiło, czy chociaż w małym stopniu będzie tak dobra. Przy okazji opowiem Wam również trochę o tuszu Total Temptation z Maybelline. Zapraszam do dalszej części wpisu :)


Paleta przychodzi do nas w ładnym tekturowym opakowaniu z lusterkiem. Zawiera dwustronny syntetyczny pędzelek, którego nie używałam, ale wydaje się bardziej miękki od tego dołączonego do palety Anastasii. 
Kolory w palecie są identyczne jak w Modern Renaissance. Mamy kilka neutralnych, jasnych odcieni, kilka bardziej nasyconych oraz trzy cienie błyszczące. Osobiście lubię takie kolory, chociaż pomarańcze i mocne róże mnie już trochę nudzą i ostatnimi czasy sięgam po inne odcienie. Niemniej jednak paleta mi się podoba. Zobaczcie, jak się prezentuje w środku.


Pigmentacja na pierwszy rzut oka wydaje się spoko, chociaż moim zdaniem cienie ciężko się przenoszą na skórę, większość pigmentu zostaje na palcu/pędzlu. Nie da się ich za mocno zbudować ani też nie chcą się do siebie kleić. Najlepszym sposobem na nie jest nakładanie ich na mokrą, nieprzypudrowaną bazę. Wtedy osiągniemy maksimum pigmentacji tych cieni. Cienie błyszczące przenoszą się dosyć ładnie, chociaż najlepiej aplikować je palcem, również na mokrą bazę. Na zdjęciu z makijażem zobaczycie maksimum, które udało mi się z tych cieni wydobyć. 
Jeśli chodzi o jakość cieni, to nie zauważyłam, żeby tworzyły plamy. Rozcierają się całkiem nieźle. 


Moja recenzja może wydawać się niezbyt pochlebna, ale wierzcie mi, że nie jest to najgorsza paleta, z jaką miałam do czynienia i da się z niej coś tam wykrzesać. Na pewno po przetestowaniu ogromnej ilości cieni jestem w tym temacie już bardzo wybredna i mało które cienie naprawdę mi się podobają i chętnie po nie sięgam. Tę paletę w szczególności polecałabym dla osób początkujących, które chcą zobaczyć, jak się czują w takiej kolorystyce. Na pewno przygodę z tak trudnymi odcieniami warto zacząć od średniej pigmentacji, żeby od razu się do nich nie zrazić. 

Na zdjęciu z makijażem możecie zobaczyć również, jaki efekt daje maskara Total Temptation z Maybelline. Uważam, że ma ona prześliczne opakowanie - bardzo w moim guście. Do tego posiada klasyczną szczoteczkę i jeżeli jesteście fankami takich szczoteczek, to na pewno się z nią polubicie. Maskara ma fajną konsystencję, nie trzeba czekać kilku tygodni, żeby podeschła. Od razu pracuje się nią dobrze i nie skleja rzęs. Moim zdaniem jednak jest to tusz bardziej pogrubiający niż wydłużający. Jeśli oczekujecie efektu mocnego wydłużenia rzęs, to możecie czuć się zawiedzione. 


W powyższym makijażu podkreśliłam brwi kredką z Wibo, o której pisałam TUTAJ. Myślę, że prezentuje się naprawdę dobrze.

Paletka kosztuje 22,99 zł, a tusz 17,69 zł. Oba kosmetyki możecie dostać w drogerii internetowej ezebra.pl, z której do mnie przywędrowały. 

Podsumowując, oba produkty zrobiły na mnie dobre wrażenie, chociaż po paletkę pewnie nie będę sięgać zbyt często. Najbardziej nie podoba mi się w niej to, że cienie nie chcą się budować. Za plus traktuję fakt, że się dobrze rozcierają. Makijaż, który widzicie na zdjęciu, naprawdę mi się podoba. Jeśli chodzi o tusz, to nie mam mu nic do zarzucenia. Moje rzęsy bardzo się lubią z klasycznymi szczoteczkami i również tak jest w tym przypadku.

Dajcie znać koniecznie, czy znacie któryś z tych kosmetyków i jak się u Was sprawdził.

Buziaki!
Kasia



*** Wpis powstał we współpracy z drogerią ezebra, ale moja opinia na temat produktów jest w 100% szczera.***


TOP