października 09, 2020

Tarte - kolekcja świąteczna 2020
Zestaw tartelette give, gift & get - swatche wszystkich cieni

Hej!

Mamy początek października, a na stronie Sephory zaczynają pojawiać się już kolekcje świąteczne. Oczywiście wszystko wygląda pięknie i bardzo kusi, ale osobiście na kosmetyki z tego sklepu już się aż tak mocno nie rzucam, bo wiele z nich ma kiepskie składy. Jednak na zestaw palet Tartelette give, gift & get z Tarte czekałam bardzo, ponieważ Tartelette In Bloom chodziła za mną od dłuższego czasu. Stwierdziłam więc, że to dobra okazja, żeby przetestować cienie tej marki. Jeśli macie ochotę zobaczyć, jak prezentują się w środku i jakie jest moje pierwsze wrażenie, to zachęcam do czytania dalej :)

Musicie przyznać, że ten zestaw prezentuje się imponująco. Jest też całkiem sporych rozmiarów. W środku znajdujemy 3 palety. Dwie z nich bardzo przypominają te ze standardowej kolekcji, jedna jest zupełnie nowa. W sumie mamy aż 27 cieni. Całość kosztuje 235 zł, co za tyle cieni w całkiem sporej gramaturze (1,2 g) jest naprawdę spoko ceną. Cieszę się również, że palety zostały wyprodukowane w USA, bo firmy często decydują się produkować kolekcje świąteczne w Chinach. 


Tartelette lil'bloom


To paleta, która nawiązuje do słynnej Tartelette In Bloom, chociaż według mnie mocno się od niej różni. Zawiera neutralne odcienie, które świetnie sprawdzą się w codziennych makijażach.


Tartelette lil'toasted


To ciepła wersja, pełna złota, pomarańczy, rudości. Po takie kolory sięgam najrzadziej, ale miewam na nie ochotę, np. teraz - w okresie jesiennym. 


Tartelette lil'juicy


Tutaj mamy zupełnie nową odsłonę paletek Tartelette - pełną różu, mauve. Jak pewnie wiecie, uwielbiam takie kolory. 


Pewnie zastanawiacie się, jak z jakością tych cieni. Niestety nie mam porównania do dużych palet Tarte. Nie będzie to też jakaś długa i rozbudowana opinia, ponieważ palety mam zaledwie kilka dni i używałam każdej z nich raz. Cieszę się, że cienie pachną jak klasyczne cienie Tarte (coś w stylu czekoladek Too Faced). Mają przyjemną konsystencję. Może nie są jakieś maksymalnie kremowe, ale nie są też bardzo suche. Najbardziej suche wydają mi się maty z palety lil'juicy. Błyski są mocno sprasowane i są raczej takimi klasycznymi perłami, co akurat lubię. Nie przepadam za dużą ilością drobin w cieniach, których mam używać na co dzień. 
Wykonałam sobie tymi paletami po jednym makijażu i wszystkimi pracowało mi się dobrze. Cienie mają dokładnie taką formułę, jaką lubię, czyli nie są zbyt mocno napigmentowane, dobrze się rozcierają i łączą ze sobą, a także da się je na siebie nakładać. Oczywiście to moje pierwsze wrażenie, ale czuję, że będzie dobrze i że chętnie będę po nie sięgać. Na razie jestem bardzo zadowolona z zakupu :)


Piszcie proszę w komentarzach, czy znacie cienie Tarte, a jeśli tak, to czy je lubicie? No i jak Wam się podoba ich kolekcja świąteczna? 

Do następnego!
Kasia

października 02, 2020

Nowa marka w Kontigo - Moonish Natural
Czy mam ochotę sięgnąć po więcej?

Hej!

We wrześniu w Kontigo pojawiła się nowa marka makijażowa - Moonish Natural. Od razu mnie zaciekawiła, ponieważ została przestawiona jako marka naturalna. I tak rzeczywiście jest - składy są naprawdę bardzo ładne. Oczywiście załączyło mi się chciejstwo i najchętniej kupiłabym większość, ale wygrał zdrowy rozsądek i do koszyka wpadły dwie rzeczy, żeby zobaczyć, czy jest się czym ekscytować. Jeśli jesteście ciekawi, czy mam ochotę na więcej, to koniecznie czytajcie dalej :)


Na początku zaznaczę, że będę dzisiaj pisać o moich pierwszych wrażeniach. Muszę też wspomnieć o pięknych, tekturowych opakowaniach, na których widzimy gwiezdny, kosmiczny motyw. Na żywo wyglądają bardzo ładnie. Podobają mi się detale np. na palecie cieni.


A zatem przejdźmy do tego, co zakupiłam. Otóż skusiłam się na paletkę cieni, ponieważ takowych z naturalnym składem na rynku jest naprawdę mało. Do wyboru były trzy wersje, do mnie musiała krzyknąć ta o nazwie "Mauve", nie mogło być inaczej ;)


Paleta zawiera 4 cienie:

Aries - drobinkowy, mocno iskrzący chłodny róż. Jest bardziej miałki od pozostałych cieni, trzeba nakładać go palcem (najlepiej na klej albo mokrą bazę). Delikatnie osypują się z niego drobinki.

Taurus - bardziej satynowy odcień, taki typowy taupe.

Gemini - ten cień najbardziej przypomina kolor mauve, ale jest bardzo chłodny.

Cancer - najciemniejszy w palecie, bardzo chłodny brąz z odrobiną szarości (czyli taupe).


Powiem Wam szczerze, że obawiałam się tych kosmetyków i generalnie podeszłam do nich trochę sceptycznie. Bałam się, że będą miały słabą pigmentację, że będą się kiepsko łączyły. Te grafiki na stronie też nie wyglądają zbyt dobrze (KLIK) i tak naprawdę nie wiedziałam, jakich odcieni się spodziewać. Na szczęście pozytywnie się zaskoczyłam. Po pierwsze paleta podoba mi się wizualnie, kolory również. Po drugie niezwykle się ucieszyłam, jak robiłam swatche i zobaczyłam, że te cienie są bardzo kremowe. Jeśli chodzi o jakość, to nie mam się do czego przyczepić. Cienie się ładnie blendują, dobrze ze sobą łączą. Wiadomo, że nie wyczarujemy nimi nie wiadomo czego, ale na co dzień będą fajne.


Drugi kosmetyk to bronzer Moon Rock w odcieniu Neutral Contour. Na stronie wygląda na bardzo chłodny (KLIK), ale w rzeczywistości jest bardziej neutralny, jak sugeruje nazwa. Chociaż mam wrażenie, że w sztucznym świetle wybijają z niego chłodne tony. Generalnie jest to bronzer bardziej do konturowania.


Bronzer jest również bardzo miękki pod palcami, trochę się kruszy pod pędzlem. Ma delikatnie satynowe wykończenie i ładnie się rozciera pędzlem syntetycznym (naturalnego nie używałam). Generalnie muszę powiedzieć, że ten produkt także zrobił na mnie dobre wrażenie.


Oba kosmetyki kosztują 59,99 zł, co jest taką średnią półką, jeśli chodzi o kosmetyki, ale warto czekać na promocje, które na Kontigo pojawiają się często :)
Mnie te produkty pozytywnie zaskoczyły i odpowiadając na pytanie z tytułu - tak, mam ochotę na więcej!

Dajcie koniecznie znać, jak Wam się podobają? Macie ochotę się skusić? :)

Buziaki!
Kasia

września 15, 2020

Naturalne perełki pielęgnacyjne

Hej!

Ostatnio pojawiły się na blogu pielęgnacyjne nowości, ale koniecznie muszę Wam również pokazać moich ulubieńców z tej kategorii. Kosmetyków do pielęgnacji nie zmieniam często, ale znalazłam kilka perełek, które naprawdę warto poznać. Zapraszam :)


Oczyszczanie twarzy


Czarszka - Regulujący balsam do mycia twarzy


Nie wyobrażam już sobie demakijażu bez tego typu produktów. Balsam od Czarszki świetnie zmywa makijaż. Pachnie delikatnie ziołowo. Właściwie nie mam się do czego przyczepić, ponieważ spełnia swe zadanie w 100%. Ma genialny skład oparty na przeróżnych ciekawych olejach oraz maśle shea i mango. Nie zawiera emulgatorów.

FaceBoom - Oczyszczająca pianka do mycia twarzy


Tutaj chodzi mi nie tylko o ten konkretny produkt, ale również o sam typ kosmetyku. Pianki to moje odkrycie. Sprawdzają się cudownie, ponieważ są bardzo delikatne. Dobrze oczyszczają, ale zupełnie nie dają uczucia ściągnięcia czy przesuszenia. Oprócz pianki z FaceBoom, którą widzicie na zdjęciach, polecam również np. tę z EcoLab do cery tłustej i problemowej.


D'Alchemy - Natural Micro - dembrasion Peel


To peeling, który mam już od jakiegoś czasu, ale na początku niechętnie po niego sięgałam. Jednak stwierdziłam, że muszę go zużyć i stosuję go obecnie regularnie - dwa razy w tygodniu. Znalazłam na niego sposób. Wcześniej zostawiałam go na twarzy na dłużej, a teraz po prostu masuję nim twarz przez chwilę i od razu zmywam. Skóra jest po nim oczyszczona i wygładzona. Nawet zapach mi ostatnio tak mocno nie przeszkadza. Może dlatego, że nadchodzi jesień i zima, a peeling pachnie przyprawami korzennymi.


Pielęgnacja twarzy


Resibo - Lekki krem nawilżający


Ten krem to ideał dla cery tłustej i mieszanej. Świetnie nawilża, ale w żaden sposób nie obciąża skóry. Nadaje się pod makijaż. Ja używam go głównie na noc. Uwielbiam go na tyle, że już w zapasach czeka drugie opakowanie :)

Biolaven - krem pod oczy


Również cudeńko, które pokochałam. Ma lekką konsystencję, ale naprawdę dobrze nawilża. Siedząc w domu, często zapominam nałożyć krem rano, a mimo to czuję, że okolica pod oczami jest odpowiednio nawilżona. Bardzo ładnie, delikatnie pachnie. Dobrze się wchłania, nie roluje się, nie szczypie w oczy. Można go nakładać pod makijaż. Do tego niewiele kosztuje. Dla mnie ideał i również z chęcią będę do niego wracać.


Pielęgnacja ciała


Nacomi - peeling do ciała


Jeśli lubicie, jak peeling zostawia dobrze natłuszczoną skórę, to na pewno będziecie z niego zadowoleni. Teraz mam wersję pomarańczową i pachnie pięknie. Poprzednio miałam bodajże Miodowe gofry i tamten zapach mi mniej odpowiadał. Ale na szczęście mimo różnych wersji zapachowych, działały podobnie. Uwielbiam w nich to, że są dość gęste, ale jednocześnie dobrze rozprowadzają się po skórze. Drobinki cukru są idealnej wielkości, bardzo dobrze się rozpuszczają. Jak już wspomniałam, peeling zostawia po sobie tłusty film, ale ja to uwielbiam i na razie nie szukam innego produktu w tej kategorii

BodyBoom - Ujędrniające masło do ciała


No dobra, przyznaję, że opakowania BodyBoom (i FaceBoom) mnie jakoś urzekają i przyciągają. Pewnie dlatego głównie skusiłam się na to masło, ale na szczęście zawartość jest również warta uwagi. Masło ma gęstą konsystencję, ale dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Absolutnie uwielbiam jego zapach, który kojarzy mi się z jogurtem z owoców leśnych. To on właśnie najbardziej zachęca mnie to używania tego typu produktu, bo generalnie nie przepadam za smarowaniem ciała. W ujędrniające działanie średnio wierzę, ale podejrzewam, że razem z treningami coś tam daje. Generalnie polecam, jeśli lubicie masła o ładnym zapachu :)


I to już wszystkie kosmetyki, które w ostatnich miesiącach szczególnie polubiłam. Dajcie znać, czy coś znacie i jak się u Was sprawdziło.

Buziaki!
Kasia

września 02, 2020

Naturalne nowości pięlęgnacyjne

Dzień dobry!

Poczułam niedawno potrzebę, żeby wprowadzić coś nowego do mojej pielęgnacji twarzy. A ponieważ kupiłam naprawdę ciekawe kosmetyki, to stwierdziłam, że je Wam pokażę w osobnym wpisie. Oczywiście, jak zwykle u mnie, będzie w 100% naturalnie. Zapraszam :)


Drogeria internetowa krokusowe.com


Drogeria krokusowe.com to moje ostatnie okrycie. Znalazłam w niej mnóstwo naturalnych kosmetyków, które akurat mnie ciekawiły, więc z chęcią zrobiłam zamówienie. Niedawno stwierdziłam, że chciałabym wrócić do olejów w mojej pielęgnacji twarzy, więc skusiłam się aż na trzy.

Bioup - olej z opuncji figowej


Jest to jeden z droższych olejów na świecie (ten kosztował 65 zł/15 ml). Zaciekawił mnie, ponieważ nazywa się go naturalnym botoksem, a po trzydziestce sięgam już po kosmetyki, które poprawiają elastyczność i napięcie skóry. Do tego normalizuje pracę gruczołów łojowych, dzięki czemu nadaje się dla cer mieszanych i tłustych. 

Ajeden - olej z nasion pietruszki


Ten olej niesamowicie mnie zainteresował, ponieważ ma bardzo szerokie spektrum działania. Mam wrażenie, że ma zadziałać na wszystkie problemy ;) Zawiera mnóstwo witamin oraz żelazo. Ma właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, ściągające, wygładzające. Wzmacnia ściany naczyń krwionośnych. Powinien świetnie się sprawdzić na przebarwienia i zaczerwienienia. Można go używać również na skórę głowy, ponieważ zapobiega wypadaniu włosów. Przyspiesza gojenie się ran, a także działa antycellulitowo. No muszę powiedzieć, że bardzo mnie ciekawi i jeśli rzeczywiście będzie taki cudowny, jak to opisuje producent, to na pewno dam Wam znać!

Och Natura - Olejowa ampułka


Zawiera mnóstwo wyciągów i ekstraktów (z krwawnika, liści i kory brzozy, bluszczu, owoców jałowca, geranium, rozmarynu) oraz olej z czarnuszki. Właściwie to serum powinno mieć podobne działanie, jak dwa poprzednie oleje. Użyłam go już dwa razy i następnego dnia rano skóra wyglądała pięknie, ale na razie nic więcej nie mówię, żeby nie zapeszyć. 


Natural Secrets - Kremowy balsam myjący 


Uwielbiam dwuetapowy demakijaż twarzy. Ten balsam jest moim wielkim ulubieńcem i z chęcią do niego powracam. Nie zawiera emulgatora, ale mi to zupełnie nie przeszkadza, bo już przyzwyczaiłam się do takiej formy. 

Jardin - krem roślinny na niedoskonałości


Po pierwsze zdziwiłam się, jakie to maleństwo (30 ml), ale może to i dobrze, bo łatwiej będzie go zużyć i na pewno się nie popsuje. Używałam go kilka razy i mogę powiedzieć, że dobrze się rozprowadza i pozostawia skórę matową. Do tego bardzo dziwnie pachnie i ten zapach mi średnio odpowiada, ale na szczęście po chwili się ulatnia. 


Faceboom


To marka, którą poznałam niedawno i bardzo mnie zaciekawiła. Oczywiście kojarzyłam Bodyboom, ale chyba nigdy nic nie używałam. Dopiero jakiś czas temu kupiłam antycellulitowe masło do ciała i jestem w nim zakochana (najbardziej w zapachu). Z kosmetyków do twarzy skusiłam się na:

Oczyszczająca pianka do mycia twarzy


Uwielbiam pianki, to mój ulubiony produkt do drugiego etapu oczyszczania. Pianka z FaceBoom jest przyjemna, chociaż dosyć szybko znika podczas rozprowadzania. Do tego ma intensywny, perfumowany zapach, więc jeśli jesteście wrażliwcami w tym temacie, to ostrzegam ;) Dla mnie to produkt bardzo przyjemny i z chęcią go używam.

Matująco - detoksykujący krem 


Miałam próbkę tego kremu i spodobała mi się jego lekka konsystencja. Również pachnie intensywnie, ale mi akurat to jakoś mocno nie przeszkadza.  Po niego sięgnę dopiero, jak skończę maluszka z Jardin.



Piszcie proszę, co Wy wprowadzacie do swojej jesiennej pielęgnacji. Niedługo na blogu pojawią się również pielęgnacyjni ulubieńcy, bo koniecznie muszę pokazać Wam kilka perełek, których używam od dłuższego czasu :)

Do następnego!
Kasia

sierpnia 10, 2020

Bell - paleta cieni Pressed Pigment
Czy warto kupować kosmetyki w Biedronce? #12

Hej!

Przy okazji kosmetycznych zakupów w Biedronce skusiłam się jeszcze na jedną rzecz, a mianowicie paletę cieni Pressed Pigment z Bell. Zainteresowała mnie, ponieważ nie ma najgorszego składu, więc stwierdziłam, że ją dla Was przetestuję. Jeśli jesteście ciekawi, czy warto po nią sięgnąć, to zapraszam do czytania dalej :)


Paleta ma plastikowe opakowanie bez lusterka i zawiera 10 cieni - 6 matowych i 4 błyszczące. Utrzymana jest w ciepłej kolorystyce, ale znajdziemy w niej też podstawowe kolory takie jak cielisty beż oraz czerń. Oprócz tego z matów mamy również:
  • ciepły, jasny brąz, który świetnie sprawdza się jako cień przejściowy,
  • ciemniejszy, rdzawy brąz,
  • chłodniejszy brąz do przyciemnienia zewnętrznego kącika,
  • piękny, śliwkowy, dość ciemny cień.
Natomiast z błysków mamy:
  • miedziany,
  • lekko pomarańczowe złoto,
  • żółty,
  • ciemny khaki ze złotymi drobinkami.

Paletę zakupiłam, bo ma przyzwoity skład. Nie jest naturalny, ale nie zauważyłam w nim np. mikroplastiku, którego unikam, jak mogę i który jest naprawdę w większości kosmetyków kolorowych niezależnie od ceny. 


Cienie mają bardzo jedwabistą konsystencję i genialnie się rozcierają, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Pigmentacja jest według mnie w sam raz. Da się stopniować intensywność cieni. Do tego całkiem nieźle się ze sobą łączą. Najgorzej przykleja się do pozostałych ten ciemny brąz, ale generalnie uważam, że i tak jest ok. Najlepiej go wciskać w powiekę, a nie rozcierać, żeby nie zrobił plam. Jeśli chodzi o czerń, to dobrze się nią robi kreskę przy linii rzęs. Bardzo zaskoczył mnie też cielisty beż, który ma genialną pigmentację. Błyski najładniej wyglądają na klejącej bazie. Szczególnie ten żółty i ciemny khaki najlepiej tak aplikować.


Na koniec propozycja makijażu. Starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni. Muszę przyznać, że pracuje się nimi naprawdę dobrze.


Jeśli dobrze pamiętam, to paleta kosztuje 19,99 zł i jest dostępna w szafach Bell w Biedronce. Ostatnio chętnie po nią sięgam, zwłaszcza jeśli mam ochotę na ciepły makijaż. Kolory pięknie podbijają niebieską tęczówkę. Jakościowo paleta mnie pozytywnie zaskoczyła. Cienie świetnie się rozcierają. Myślę, że za taką cenę warto się skusić, jeśli akurat szukałyście palety w takiej kolorystyce.

Dajcie znać, jak Wam się podoba? Lubicie takie kolory cieni? :)

Buziaki!
Kasia

sierpnia 07, 2020

Przegląd toaletki - naturalna kolorówka #3
Produkty do brwi

Hej!

Przyszedł czas na kolejny wpis z serii o mojej naturalnej kolorówce. Tym razem na tapet wezmę produkty do brwi. Nie będzie ich dużo, ale za to będą to perełeczki, które uwielbiam. Zapraszam do czytania :)


Felicea kredka do brwi 


To mój ostatni hit i sięgam po nią przy każdym dziennym makijażu. Moje pierwsze wrażenie było takie sobie, ale na szczęście produkt zyskał przy dalszym poznaniu. Z jednej strony ma szczoteczkę, z drugiej jest kredka o trójkątnym kształcie. Myślałam, że wolę bardziej precyzyjne kredki, ale o dziwo tą bardzo dobrze mi się maluje brwi. Dzięki nieco woskowej konsystencji ani razu nie uzyskałam efektu przerysowanych brwi. Makijaż zawsze wygląda naturalnie. A jeśli nałoży się jej za dużo, to łatwo ją wyczesać. Do tego ma idealny dla mnie kolor (nr 86 light brown) - chłodny, świetny dla blondynek. No i oczywiście naturalny, krótki skład. Na pierwszym miejscu mamy olej rycynowy, który świetnie wzmacnia włoski i stymuluje ich wzrost. Jeśli lubicie naturalny makijaż brwi, to bardzo polecam wypróbować.


felicea-kredka-do-brwi

Couleur Caramel pomada do brwi


To kosmetyk, którego używam przy mocniejszych makijażach, do zdjęć albo po prostu gdy mam ochotę bardziej wyrysować brwi. Ma cudowną, kremową konsystencję, która nadal od zakupu (w lutym tego roku) pozostaje mniej więcej taka sama. Pomada nie zastygła jeszcze na kamień. Uważam, że to duży plus. Poza tym ma piękny kolor (nr 61), który również jest chłodny i bardzo przypomina mi kolor kredki z Felicea, tylko w mocniejszej wersji, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Tutaj również mamy skład oparty na oleju rycynowym, co działa dobroczynnie dla naszych brwi. W opakowaniu mamy ukryty pędzelek, który jest naprawdę fajny - mały i precyzyjny.

couleur-caramel-pomada-do-brwi
Po lewej Felicea, po prawej Couleur Caramel

Podsumowując, oba kosmetyki są naprawdę świetne i wybór zależy tylko od tego, jaką konsystencję wolicie. U mnie na co dzień wygrywa Felicea za szybkość aplikacji, ale jeśli mam ochotę na mocniejszy makijaż brwi, to sięgam po CC.

Piszcie koniecznie, czy znacie te kosmetyki albo czy macie jakichś swoich naturalnych ulubieńców w tej kategorii.

Do następnego!
Kasia

sierpnia 05, 2020

Konsola na rośliny z Ikea | Na jakie rośliny się zdecydowałam?

Hej!

Zauważyłam, że rośliny domowe to ostatnio modny temat. Wiele osób pokazuje na yt swoją kolekcję. W moim domu zawsze były rośliny, ale do tej pory wybierałam głównie sukulenty, którym nie trzeba poświęcać zbyt dużo czasu. Mam też jeden parapet ze storczykami, aloes, który tak się rozrósł, że musiałam go podzielić na trzy części i piękny Zamioculcas. Ostatnio jednak stwierdziłam, że chciałabym mieć w domu jeszcze więcej roślin, tylko nie miałabym już dla nich odpowiedniego, jasnego miejsca. Dostałam więc na urodziny konsolę z Ikea, a dzisiaj pokażę Wam, na jakie rośliny się zdecydowałam. Zapraszam :)


Bluszcz domowy Hedera Helix 'Variegata'


To bardzo popularna roślina, którą pewnie wszyscy kojarzycie. Ta ze zdjęcia jest z Ikea i pięknie się rozrasta. Wcześniej kupiłam jeden egzemplarz w Leroy, ale niestety szybko zmarniał. Wydaje mi się, że sadzonka była kiepska. Odmiana Variegata charakteryzuje się kremowo-zielonymi, przebarwionymi liśćmi, co bardzo mi się podoba. 


Peperomia obtusifolia Peperomia tępolistna 'Variegata'


To pierwsza z moich dwóch Peperomii, którą kupiłam w lokalnym sklepie ogrodniczym. Jak widzicie, to również wersja z odbarwionymi liśćmi. Na pierwszy rzut oka przypomina trochę sukulenta, ponieważ ma grube liście, w których gromadzi wodę. 


Ficus benjamina 'Green Kinky'


To również jedna bardziej popularnych roślin. Zakupiłam ją w sklepie Jucca w Tarnowie Podgórnym koło Poznania (raj dla roślinomaniaków). Ma formę gęstego drzewka, lubi zraszanie. 


Trzykrotka Tradescantia


Niestety nie wiem, jaka to odmiana. Na razie nie widzę u niej żadnych dodatkowych kolorów, ale mam nadzieję, że jeszcze się coś pojawi. W każdym razie uważam, że to jedna ze słodszych roślinek. Ma w sobie dużo uroku. Zwłaszcza podobają mi się te malutkie listki wyrastające ze środka.


A teraz zakupy z bardzo popularnego sklepu internetowego zielony-parapet.pl. Jest tam taki wybór, że ciężko się zdecydować. Jeśli boicie się kupić rośliny w sklepie internetowym, to uspokajam - wszystko było naprawdę genialnie zapakowane, a same roślinki piękne i zdrowe. Bardzo ładnie rosną.

Peperomia kędzierzawa 'Rosso'


To mój drugi egzemplarz. Pierwszy przelałam podczas przesadzania. Ta roślinka nie lubi za dużo wody, ma drobne korzenie. Z kolei lubi wilgotne powietrze, więc można ją spryskiwać wodą. Liście mają bardzo ciekawy kolor - z wierzchu ciemna zieleń, od spodu ciemna czerwień.


Syngonium 'Arrow'


To również bardzo popularna roślina. Odmiana Arrow ma obłędne wzory na liściach. Uwielbiam :)


Scindapsus pictus 'Silver Ann' Scindapsus pstry


Pewnie kojarzycie najbardziej znaną odmianę Scindapsusa. Mnie natomiast totalnie oczarowały te srebrzyste liście w odmianie Silver Ann. Jeśli mieszkacie w mieście, to bardzo polecam, bo roślinka świetnie oczyszcza powietrze. 


Calathea leopardina Kalatea


And last but not least - kalatea. To najdroższa roślinka z mojego zamówienia. Na szczęście nic jej się nie stało w transporcie. Jak widzicie, wybrałam odmianę Leopardina, ale kalaeta ma tyle odmian, że naprawdę ciężko się zdecydować. Sama mam jeszcze ochotę na taką z różowymi liśćmi. 
Muszę się przyznać, że jest to mój roślinkowy ulubieniec. Leopardina mnie oczarowała swoimi niesamowitymi wzorami na liściach. Nowe listki rozwijają się z takich ruloników, co wygląda uroczo. Do tego kalatea ma bardzo ciekawą cechę. Posiada poduszki stawowe, więc obraca swe liście do słońca. W dzień są bardziej poziomo, w nocy pionowo. 


I na sam koniec moja nowa konewka z Ikea, która pięknie się prezentuje na nowej konsoli :)


I to już wszystko na dzisiaj. Dajcie znać, czy podoba Wam się taka tematyka wpisów (od czasu do czasu) i czy Wy również lubicie rośliny? A jeśli tak, to jakie najbardziej?

Buziaki!
Kasia

TOP